Lajki, suby, wyświetlenia, czyli Dorian naszych czasów


fot. Bartek Barczyk Photography

W dzisiejszym świecie nagminnie uwspółcześnianych klasyków sprzed stu czy dwustu lat, które poddane takiemu zabiegowi nie zawsze są zjadliwe, niezwykle pożądanym zjawiskiem są opery nowe, napisane tu i teraz. Żywy dowód na to, że ten gatunek sztuki wcale jeszcze nie obrósł kurzem, a wręcz przeciwnie… Że wciąż żyje i ma się dobrze.

Oczywiście, nie każdy się taką nowinką zachwyci, nie każdy się w niej rozsmakuje.

I nie chodzi tu nawet o znawstwo tematu, wiedzę na temat opery. To kwestia osobistych preferencji. Ale naprawdę warto skosztować, dać sobie szansę, poszerzyć horyzonty.

Strach przed nieznanym często ma wielkie oczy, a gdy mu się przyjrzeć bliżej, okazuje się całkiem „do rzeczy”.

Tak było i tym razem w znanym z niebanalnych, oryginalnych inscenizacji Teatrze Wielkim w Poznaniu, który w niedzielę (23/11/25) wystawił w ramach zamówienia kompozytorskiego operę Elżbiety Sikory opartą na historii niesławnego Doriana Graya. Reżyserii (a także napisania libretta) podjął się sir David Pountney, zaś za pulpitem dyrygenckim stanął dyrektor muzyczny teatru, Maestro Jacek Kaspszyk.

fot. Bartek Barczyk Photography

Prapremiery, a więc absolutnie dziewicze przedstawienia danego spektaklu, zdarzają się niezwykle rzadko, zwykle wystawia się to, co sprawdzone. Tym większą więc gratką było coś, co powstało od zera, w naszych czasach.

Jeśli chodzi o libretto, czy też jego podstawę, wybór padł na dzieło, które – przy odpowiedniej obróbce – okazało się być niesamowicie aktualne, dotykające współczesnych problemów i bolączek. Może nawet nieco nas zawstydzające…

A mowa tu o pewnym młodzieńcu i jego słynnym portrecie… Dorian Gray, postać stworzona przez Oscara Wilde’a, to człowiek, który próbował postawić siebie niejako ponad dobrem i złem.

W swoim własnym mniemaniu zwolniony był z moralnych kajdan. Jakby nie imał się go grzech.

Poznański Dorian przeniesiony został do współczesności, a więc do czasów wszechobecnych social mediów, lajków, subów i komentarzy. Do czasów filtrów, pogoni za popularnością. Czyż nie jest dziś tak, że każde polubienie, każda nowa interakcja to dla nas szybki i bardzo uzależniający zastrzyk dopaminy? Narkotyczny shot przyjemności? A bezmyślne scrollowanie to sposób na odgonienie przykrych myśli czy też zabicie czasu?

Zaskakującym jest fakt, iż pomimo transpozycji akcji z dziewiętnastego stulecia do wieku dwudziestego pierwszego dzieło jest doskonale zrozumiałe, spójne i czytelne.

Tu hedonizm polega nie tyle na wiecznej młodości, co na wiecznej piękności i to niekoniecznie tej prawdziwej. Tu piękno jest wyretuszowane, zdjęcia w sieci starannie wyselekcjonowane, to jedno perfekcyjne ujęcie wybrane spośród czterystu pstryknięć migawki. Tu kreowanie wizerunku stawiane jest ponad relacje „na żywo”, ponad rzeczywiste więzi. Nasz Dorian zachłystuje się tą popularnością, pożąda skwapliwie walidacji, boostu dla ego. Nie ma znaczenia, że cały ów świat to wydmuszka, bańka mydlana, która nie jest wieczna… Taka, która tylko imituje, ale która nie jest naprawdę. Temat boleśnie aktualny i dający do myślenia.

fot. Bartek Barczyk Photography

U Oscara Wilde’a starzał się nie Dorian, lecz jego portret. Tu, z racji przeniesienia akcji do ery TikToka, obraz został zastąpiony fotografią. Ta jednak nie tyle się starzeje, co brzydnie… Jakby zdjęto z niej filtry? Z każdym kolejnym upadkiem moralnym Doriana jego rysy na zdjęciu stają się coraz bardziej wykrzywione, obrzydliwe, demoniczne… Mamy tu więc przeniesienie środka ciężkości na kreowanie własnego wizerunku w sieci bardziej niż na obsesję wiecznej młodości. Czy jest to zabieg zrozumiały? Może od książkowego oryginału odbiegający, ale chyba lepiej oddający ducha naszych czasów…

Obsada spektaklu, trzeba przyznać, została dobrana niezwykle trafnie. Podobnie zresztą jak zespół realizatorów.

Na pewno nie można by sobie wyobrazić lepszego odtwórcy roli tytułowej niż Rafał Żurek. Doskonale pokazał on przemianę Doriana z niewinnego młodzieńca, jeszcze nieskalanego brudami świata social mediów, w mroczną, zepsutą postać. Jego mimika twarzy, ruchy ciała, każdy krok, to wszystko było dokładnie przemyślane, a przy tym naturalne i niewymuszone. Gdy jego Dorian zachłystuje się sławą, wierzymy mu.

Może nawet odnajdujemy w nim cząstkę siebie i zastanawiamy się, czy przypadkiem i my nie za bardzo gonimy za uznaniem w Internecie.

Gdy targany wyrzutami sumienia chłopak próbuje odkupić swoje winy, angażując się w pomoc humanitarną, pytamy, czy on naprawdę się zmienił, czy jednak tylko walczy o dobry PR.

Głos artysty ma przyjemną, ciepłą barwę, jest harmonijny i czysty.

Pomimo mocno atonalnej partytury brzmi melodyjnie i mocno. Rafał Żurek młody tenor, ale na pewno ze sporym potencjałem na przyszłość.

fot. Bartek Barczyk Photography

Podobnie wypada Joanna Freszel w partii zakochanej w Dorianie Sybil.

Co zresztą nie dziwi. Artystka uważana jest za specjalistkę w wykonawstwie muzyki nowej i ma na koncie kilkadziesiąt prawykonań kompozytorów z całego świata. Joanna posiada wyjątkową swobodę śpiewania i duży wdzięk sceniczny, co pozwala jej być dobrze zauważalną nawet w scenach, w których kreowana przez nią bohaterka nie jest na deskach fizycznie obecna, lecz pojawia się w relacjach live wyświetlanych na ekranach.

Jej przyjemny sopran idealnie pasuje do zwiewnej i młodzieńczej Sybil, która niczym współczesne dziewczęta zakochana jest w internetowym influencerze.

U Wilde’a Sybil jest aktorką podupadłego teatru w biedniejszej części Londynu, z Dorianem łączy ją uczucie i narzeczeństwo. Tutaj to niemal nastoletnia, platoniczna miłość wobec idola, której kres niesie bolesne zetknięcie z rzeczywistością, gdy w świecie realnym Dorian ją odrzuca. Dzięki kreacji Joanny postać zyskuje nasze szczere współczucie i sympatię.

fot. Bartek Barczyk Photography

Absolutnym zjawiskiem jest urodzona w Poznaniu, ale silnie związana z Paryżem Gosha Kowalińska w roli tajemniczej La Grise, która niczym kameleon przeobraża się w policjantkę, pielęgniarkę, bezdomną pchającą wózek. W każdej z tych ról jest ogromnie wiarygodna, a przy tym perfekcyjnie rozpoznawalna, o silnie zaznaczonej obecności na scenie. Jej mocny, stabilny głos o głębokiej, mięsistej barwie, zwłaszcza w partii policjantki, był władczy i stanowczy. W „Dorianie” La Grise jest altem, co dla tej znakomitej mezzosopranistki nie stanowiło jednak najmniejszej przeszkody. Choć jest to postać dodana, być może dla uzasadnienia pewnych wyborów w zmianach dokonanych wobec książkowego oryginału, to dzięki bardzo dobrej kreacji Goshy zajmuje naprawdę ważną pozycję w obsadzie. Należy też podkreślić, że to ostatecznie La Grise pomaga Dorianowi zniszczyć przeklęty portret-fotografię i wyrwać się z wirtualnego świata.

fot. Bartek Barczyk Photography

Michał Partyka w roli Basila Hallwarda, tu fotografa, nie zaś malarza, był rewelacyjny aktorsko. Jego Basil jest bezwzględny, żądny sensacji. Dla niego nie ma granic, nie cofnie się przed niczym dla kariery, zysku, poklasku. Uważa, że wszystko jest na sprzedaż, a ludzkie nieszczęście to okazja to zrobienia „zdjęcia za miliony monet”.

Ten artysta, którego poznańska publiczność na pewno kojarzy z opery „Ślub” Zygmunta Krauze, doskonale odnajduje się w takim nowoczesnym, awangardowym nurcie i oddaje swoje postaci z niebywałą wiarygodnością. Jest też bardzo sprawny wokalnie, a trzeba zaznaczyć, iż „Dorian Gray” nie jest bynajmniej zadaniem łatwym. Tu tekst napisany jest w mocny, szarpany sposób, wymagający od śpiewaka odporności, kondycji i panowania nad głosem. Baryton Partyki jest mocny, ma w sobie pewną złowrogość.

fot. Bartek Barczyk Photography

James, brat Sibyl, tu marynarz na statku handlowym, jest zgodnie z literackim pierwowzorem, bardzo opiekuńczy, zdeterminowany, by pomścić krzywdę siostry doznaną z rąk bezmyślnego bawidamka, Doriana. Gdy jego krucjatę tuż przed zgładzeniem Graya kończy rozpędzona ciężarówka, czujemy swego rodzaju zawód, że było tak blisko, a jednak się nie udało. Łukasz Konieczny jest tak idealny, tak autentyczny w kreacjach nowoczesnych, że można w zasadzie brać go za pewnik. Widać, że czuje ten nurt całą duszą i jego głos jest idealnie ustawiony pod niełatwy styl śpiewu współczesnego. To silny  i stabilny bas o władczym brzmieniu i dobrej nośności, który z łatwością zdołał się przebić przez rzęsiste, awangardowe dźwięki orkiestry.

fot. Bartek Barczyk Photography

Ciekawostką jest umiejscowienie chóru w foyer pierwszego piętra, co nastręczało z pewnością wielu trudności, ale taki zabieg ułatwił przebieg akcji na scenie i zapewnił swego rodzaju „dźwięk z zaświatów”, niczym dobijający się do naszej podświadomości zduszony głos sumienia.

Jeśli zaś chodzi o zespół realizatorów…

O reżyserii padło już sporo słów, wydaje się więc, że tutaj temat został opisany w sposób wyczerpujący. Ale jakże ważną rolę odegrała orkiestra! Przy tak trudnej, chyba najbardziej atonalnej partyturze, jaką można by sobie wyobrazić, zagrała ona pod batutą Maestro Kaspszyka wyjątkowo sprawnie i żywo. Elżbieta Sikora rzuciła muzykom spore wyzwanie, tworząc materiał z jednej strony oparty na klasycznych instrumentach, a z drugiej wzbogacony o elementy elektroakustyczne.

Niewątpliwym plusem był „zjadliwy” czas trwania dzieła. Gdyby było ono dłuższe, być może jego odbiór stanowiłby pewne wyzwanie. Może nie od razu trudność, ale na pewno nie jest to muzyka bardzo łatwa.

Odpowiedzialna za scenografię i kostiumy Dorota Karolczak wykreowała świat dziki, seksowny, w stylu „Vogue’a”. Stylowy niczym „Diabeł ubiera się u Prady”, drapieżny jak „Seks w wielkim mieście”. W operach nowych (a i tych uwspółcześnianych) kostiumy i scenografia często trącą kiczem i tandetą. Tu nic podobnego nie miało miejsca. Sibyl mogłaby ze spokojem napić się kawy z Carrie Bradshaw, a w apartamencie Basila Miranda Priestly mogłaby wybierać kreacje do najnowszego numeru „Runway’a”. To świat wyższych sfer, nonszalancki, zepsuty, a przy tym absolutnie modny i stylowy.

Interesującymi są również projekcie autorstwa Davida Haneke, przenoszące nas do wirtualnego świata. Łączenie z artystami znajdującymi się fizycznie poza sceną – w przeważającej części na żywo, niby w formie relacji wyświetlanych na scenie – wymagało bez dwóch zdań sporego nakładu pracy i nie było łatwe do zrealizowania, zwłaszcza, że spływające pod zdjęciami Doriana komentarze też przecież ktoś musiał napisać.

fot. Bartek Barczyk Photography

Premierę zwieńczyło uroczyste wręczenie Elżbiecie Sikorze Złotego Medalu „Zasłużona Kulturze Gloria Artis” w uznaniu jej godnego podziwu dorobku i oddania kulturze polskiej. A owacjom na stojąco nie było końca…

fot. Bartek Barczyk Photography

Czy Dorian przetrze szlaki operom nowym i zagości na dłużej w poznańskim repertuarze? A może wypłynie na szersze, światowe wody? To czas pokaże. Melomanom pozostaje mocno trzymać kciuki.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *