Kochaj, zazdrość, umieraj – Tosca w Łodzi


„Tosca” Giacomo Pucciniego to bez wątpienia jeden z najbardziej rozpoznawalnych tytułów operowych i sztandarowy przykład nurtu werystycznego, który każdy zna lub przynajmniej kojarzy, nawet, jeśli z operą nie ma wiele wspólnego.

I w zasadzie ze świecą szukać teatru, który nie miałby go w swoim repertuarze

Historia miłości Florii Toski, namiętnej i pięknej śpiewaczki, oraz jej ukochanego, malarza Mario Cavaradossiego, na której cieniem kładzie się postać szefa rzymskiej policji, złowrogiego barona Scarpii, od lat porusza serca melomanów i mimo wielokrotnego przenoszenia jej na deski sceniczne – w takiej czy innej formie – nadal nie traci na popularności.

Premiera inscenizacji, której dotyczyć będzie ten skromny tekst, miała miejsce 4 października 2025 na drugiej pod względem wielkości scenie w Polsce, czyli Teatrze Wielkim w Łodzi. Za jej reżyserię odpowiada Włoch, Giorgio Madia, kierownictwo muzyczne nad projektem sprawuje Rafał Janiak, na co dzień dyrektor artystyczny wspomnianej instytucji.

Teraz, w nowym roku, tytuł powrócił i trzeba przyznać, że z wyjątkowym sukcesem.

My porozmawiamy sobie o przedstawieniu z 28 lutego.

Wysuwane wcześniej pod adresem produkcji Madii zarzuty, jakoby była „do bólu kanoniczna”, zbyt realistyczna czy przewidywalna, należałoby raczej postrzegać w kategorii komplementów, ponieważ dość już na operowych deskach udziwnień, reżyserskich popisów ponad wszelki sens. Tu rzeczywiście jesteśmy w Rzymie. Wreszcie nie na Marsie, nie na ringu bokserskim. Nareszcie Scarpia nie jest Mussolinim. Klasyka zawsze się obroni. Akt pierwszy, czyli kościół Sant’Andrea della Valle, potem Palazzo Farnese w akcie drugim i wreszcie Castel Sant’Angelo na finał przedstawione są w formie – owszem – symbolicznej, naszkicowanej, jednak bardzo czytelnej, nienachalnie stanowiącej tło dla wydarzeń. Tu pierwsze skrzypce grają artyści.

Zieleń, która miała razić oczy i przytłaczać, absolutnie nie wywołuje uczucia dyskomfortu. Monochromatyczność w kolorze arszeniku doskonale podkreślała jadowitość akcji, współtworzyła atmosferę niepokoju, zwiastując nieuchronny koniec świata takiego, jaki bohaterowie dzieła znali i w jakim potrafili się poruszać. Kostiumy Domenico Franchiego dobrze naśladowały modę epoki napoleońskiej, puszczając jednocześnie oko do współczesności.

Gdybyśmy już naprawdę na siłę chcieli, mówiąc kolokwialnie, „przyczepić się” do czegoś, na tym pięknym szkle jest mała rysa.

Nieco niezrozumiałym i chyba mało szczęśliwym zabiegiem było bowiem umieszczenie Cavaradossiego i Toski w klatce (tu uosabiającej celę więzienną, ale rozmiarami przypominającej bardziej kojec). Kraty wprawdzie nie przytłumiły dźwięku (w czym duża zasługa mocnych głosów Anny Wierzbickiej i Dominika Sutowicza), ale znacząco ograniczały widoczność, wywołując wrażenie, jakbyśmy oglądali bohaterów przez półprzezroczyste płótno czy celofan.

A skoro o głosach już mowa…

Choć nad premierową obsadą zebrały się wówczas czarne chmury, tym razem solistom los sprzyjał.

Niekwestionowaną gwiazdą tego wieczoru była Anna Wierzbicka, debiutująca w partii Florii Toski. Był to debiut wyczekany, wymarzony i chyba właśnie dzięki temu dogłębnie przemyślany, bowiem artystka wczuła się w swoją postać tak ciałem, jak i duchem.

I widać, że zrozumiała ją w każdym, najmniejszym nawet detalu. W każdej jej barwie, w każdym odcieniu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to na wyrost powiedziane. Że przesadzone.

Nic bardziej mylnego.

Bo ona tej Toski nie grała. Ona stała się nią. Była soczyście zazdrosna, impulsywna, a jednocześnie delikatna, nieco zalękniona. Z zaborczej złośnicy zgrabnie przeistoczyła się we wzruszającą heroinę, gotową w imię miłości dokonać największego poświęcenia. Z wrodzoną gracją poruszała się w powłóczystych, bogatych sukniach, co bynajmniej nie należało do zadań łatwych (wstać z kolan w takim stroju do nie lada wyzwanie!).

Jej głos absolutnie nie zginął w pojemności łódzkiej sceny. Miał mocną, stabilną słyszalność, odpowiedni wolumen i plastyczne brzmienie, dzięki czemu gładko dopasowywał się do nastroju konkretnej sceny. Doskonałe „Vissi d’arte”, wyśpiewane z ogromnym (ale nie przesadzonym!) naciskiem emocjonalnym, rozdzierające serce, tak prawdziwe, że ból Florii odczuli na nawet widzowie z najdalszych balkonów. Z pewnością jedna z najlepszych Tosek, jakie można by sobie wymarzyć. I to nie tylko na rodzimym podwórku.

Tosca, która jest piękna, która jest damą… I która nie musi forsować głosu, by być słyszaną? To spełnione marzenie.

Scarpia, przed którym miałby rzekomo drżeć cały Rzym, tu wypadł jakoś blado. Zamiast dumnego, noszącego się z gracją arystokraty ujrzeliśmy oto na scenie zgarbioną, niemal jaszczurowatą postać, której dziwne ruchy, chwilami przypominające epileptyczne wygibasy, wywoływały raczej uczucie zakłopotania i lekki półuśmiech na ustach. W scenie „gwałtu niedokonanego” nie budzi grozy, a Scarpii powinniśmy się raczej bać. Głosowo było jak najbardziej poprawnie. Głos Daniela Mirosława kreującego partię barona ma przyjemną barwę, jego technika jest czysta i stabilna, ale w wykonaniu brak mięsistości i siły. „Te Deum”, tu zakończone padnięciem krzyżem przed ołtarzem, jakoś nie poraziło. Ale może to kwestia indywidualnych preferencji odbiorcy.

Nieporównanie lepiej wypadł Dominik Sutowicz jako Mario Cavaradossi, który po może nieco suchym początku wyraźnie się rozśpiewał i jak zwykle dał żywy dowód swojego wokalno-aktorskiego talentu. Jego tenor ma przyjemne, gęste i dosyć niskie brzmienie oraz ciepło, które czyniło jego interpretację roli wyjątkowo wdzięczną. Dobra chemia sceniczna z partnerująca mu w roli jego ukochanej Anną Wierzbicką. Aria „Recondita armonia” zaśpiewana z siłą i wiarą. Przyjemnie jest posłuchać tak dobrego, nośnego głosu.

Bardzo ciekawym akcentem był Rafał Pikała jako Angelotti, który w tej roli – często w inscenizacjach „Toski” traktowanej jakby po macoszemu – wyraźnie zaznaczył swoją obecność na scenie, był niezwykle wyrazisty i mocno zapadał w pamięć. Artysta udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że również i na drugim planie można zabłysnąć, a niekiedy i przyćmić wykonawców pierwszoplanowych. Jego dobry, mocny bas i wiarygodne aktorstwo dobitnie świadczyły o bogatym doświadczeniu i solidnym warsztacie tego solisty.

Pozostała część obsady także nie zawiodła. Robert Ulatowski jako Zakrystian był może nieco cichy, ale poprawny. Przyjemny występ dali Marcin Ciechowicz jako Spoletta oraz Witold Tomczyk jako Sciarrone. Uroczy był Pastuszek w wykonaniu Mirona Rakshita, który po scenie poruszał się z dużą pewnością i spokojem, a jego wdzięczny dyszkant był bardzo przyjemnym doświadczeniem dla zgromadzonych w audytorium słuchaczy.

Słowem, był to wieczór więcej niż udany. Orkiestra pod wodzą Rafała Janiaka zagrała jak natchniona – czysto i z uczuciem. Muzyka doskonale podkreślała przebieg akcji – była odpowiednio słodka, mroczna, delikatna i grzmiąca. Idealne tło – nie, nie tło, lecz pełnoprawny współbohater wydarzeń.

Czy „Tosca” będzie jeszcze gościć w Łodzi? I czy w takiej obsadzie? Warto uważnie śledzić kalendarium Teatru…