Bohema artystyczna z ciekawym twistem


Łódzka „Cyganeria” w reżyserii Marcina Łakomickiego z kostiumami Cristiny Aceti i scenografią Eleny Zamparutti swoją premierę sceniczną miała 7 grudnia 2024. Za kierownictwo muzyczne dzieła odpowiadał wówczas Rafał Janiak, na co dzień zastępca dyrektora ds. artystycznych Teatru Wielkiego w Łodzi i to on ponownie poprowadził czerwcową odsłonę przedstawienia.

Zresztą… „La Bohème” (bądź w wersji spolszczonej „Cyganeria”) gości w repertuarze łódzkiej opery regularnie. Powróciła także w czerwcowy weekend, tj. 7-8 czerwca, z czego niniejsza recenzja dotyczyć będzie spektaklu niedzielnego.

Paryż widziany oczami Łakomickiego to osadzony w bliżej nieokreślonej epoce świat. Kostiumy są na poły dziewiętnastowieczne, ale jednak z nowoczesnym twistem. Mieszkanko tytułowej cyganerii to dosyć przyjemna facjatka – może ciasna, ale nie jakoś dusząco. Opasujące bohaterów ściany pokoiku dają dobrą akustykę. Z kolei Café Momus ma charakter niemalże sylwestrowy. Ale to przyjemny, wesoły blask. Dodaje nieco uśmiechu do słodko-gorzkiej natury dzieła.

Co warto podkreślić – akcja w zasadzie zamyka się w jednym dniu, po przerwie wracamy do kawiarni, wskakując dokładnie w ten sam moment, w którym zakończyliśmy część pierwszą.

fot. Joanna Miklaszewska photography

Dla kreującej partię Mimì Anny Wierzbickiej był to długo wyczekiwany debiut w tej roli. Artystka stworzyła postać „dziewczyny z sąsiedztwa”, skromnej, takiej, którą każdy z nas pewnie nieraz mijał na klatce schodowej w drodze do pracy. A taka właśnie, zgodnie z oryginałem, powinna ona być. Bez przerysowania. Prawdziwa, skromna, a przy tym piękna w swej dziewczęcej romantyczności, czego znakomity dowód dała już w słynnej arii „Sì. Mi chiamano Mimì”. Z poruszającą szczerością opowiadała w niej o swoich marzeniach, o życiu, które jej nigdy nie oszczędzało, ale do którego mimo wszystko uśmiecha się z wiarą i nadzieją na lepsze jutro. Podobnie w szalenie romantycznym duecie z Rodolfo „O soave fanciulla”, który w tej inscenizacji rozgrywał się na tle rozgwieżdżonego nieba. Anna Wierzbicka obdarzona jest niezwykle plastycznym sopranem, który wdzięcznie dopasowuje się tak do roli, jak i konkretnej sceny, potrafiąc być lekkim i dziewczęcym, kiedy trzeba, ale i silnym, grzmiącym, gdy wymaga tego sytuacja. Piękne piana, subtelność wyrazu i moc głosu bez forsowania.

fot. Joanna Miklaszewska photography

Wśród panów prym wiódł niewątpliwie obdarzony silnym, mięsistym basem Michał Romanowski w roli Colline. Wysoki wzrost artysty na pewno wspomaga nośność jego śpiewu, lecz – nawet odłożywszy ten fakt na bok – można śmiało powiedzieć, iż jest to głos bardzo dobry, gładki, potężny, męski, a przy tym pozbawiony tubalnego buczenia. Niezwykle wzruszająca była w jego wykonaniu aria „Vecchia zimara, senti”, w której to Colline decyduje się zastawić swój płaszcz by opłacić lekarza dla ciężko chorej Mimì. Jako że ten młody bas ma wszystko, czego można by oczekiwać od śpiewaka – głos, talent aktorski i prezencję sceniczną – przyjemnie będzie na pewno obserwować rozwój jego kariery na operowych scenach.

w krawacie / fot. Joanna Miklaszewska photography

Zresztą wszyscy mieszkańcy paryskiej mansardy wypadli przyjemnie, choć niektórych – zapewne z uwagi na rozmiary i duże wymagania łódzkiej sceny – było słychać nieco gorzej. Arkadiusz Anyszka jako Marcello miał miłą barwę głosu i dobrze wywiązał się ze swojego zadania pod względem aktorskim – dało się wyczuć chemię między nim a kreującą rolę Musetty Hanną Okońską. Mateusz Kulczyński jako Schaunard to artysta wyjątkowo młody, ale zgrabnie odnalazł się na scenie i dobrze współgrał z towarzyszami.

W może niewielkiej, lecz z punktu widzenia fabuły znaczącej, roli Benoit zaprezentował się Rafał Pikała. Jego solidny bas miał dobrą nośność, artysta śpiewał z dbałością o każdy, najmniejszy nawet dźwięk oraz właściwą dykcję.

Rodolfo Adama Sobierajskiego zaśpiewany został bardzo solidnie, choć początki spektaklu wydawały się nieco suche, potem solista wyraźnie się rozśpiewał. Być może było to spowodowane faktem, iż zaśpiewał on dwa spektakle z rzędu (również ten sobotni), należy więc podziwiać to, iż mimo niejakich przeciwności wywiązał się sprawnie ze swojego zadania. Aktorko bardzo dobrze, z niebywałym uczuciem i łamiącą serca wrażliwością, zwłaszcza we wspomnianej wcześniej scenie na dachu.

Nieco niezrozumiałym wydaje się tylko zabieg przeniesienia środka ciężkości w scenie końcowej z Mimì na Rodolfo. Zapewne miało to na celu pokazanie, iż świat młodego poety rozpadł się po śmierci ukochanej, że oto kroczy sam pośrodku świata (czy raczej światła, bo reżyser każe mi iść niby oślepiającym tunelem i człowiek aż podświadomie oczekuje nadjeżdżającego tramwaju). Zwykle Mimì umiera w ramionach ukochanego, wokół płaczą ich wspólni przyjaciele. A może to właśnie było coś nowego? W każdym razie zabieg ten zapada w pamięć i zmusza widza do refleksji.

„Cyganeria” jeszcze do Łodzi zawita – w grudniu tego roku, a i zapewne później nieraz. Czy warto się wybrać? Jak najbardziej!


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *