Poznań, 7.06.2025 – premiera
„Qui termina la rappresentazione perché a questo punto il Maestro è morto” – „Tu kończy się przedstawienie, bo w tym momencie Maestro zmarł” – rzekł ponoć Arturo Toscanini dyrygujący prapremierą „Turandot” w mediolańskiej La Scali w roku 1926. Samej opery Giacomo Puccini nigdy nie dokończył. Prace nad dziełem przerwała śmierć kompozytora i osierocona „Turandot” pozostała początkowo bez finału, który jednak po jakimś czasie pojawił się i to wręcz w nadmiarze, bo istnieją takowe przynajmniej trzy, jeśli nie cztery, przy czym najpopularniejsza zdaje się wersja napisana przez Franco Alfano. W Poznaniu sięgnięto odważnie po wersję Luciano Berio, co było strzałem w dziesiątkę, ponieważ zdecydowanie lepiej oddaje ona ducha dzieła i nie jest tak cukierkowa jak wersja Alfano, której romantyzm nie zdaje się bardzo wiarygodny.

Długo wyczekiwaną produkcją pokierował od strony muzycznej Jacek Kaspszyk. Pod jego wodzą orkiestra grała bardzo płynnie, uważnie, z doskonałym zrozumieniem orientalnej duszy dzieła. Warstwa instrumentalna idealnie współgrała z wokalną, bez wzajemnego nachodzenia na siebie, z perfekcyjną harmonią i zgodnością. Bez krztyny przesady można więc stwierdzić, iż muzycy stali się pełnoprawnymi bohaterami tej zjawiskowo udanej premiery i mieli w jej sukcesie swój pokaźny udział. Ciekawym przedłużeniem azjatyckich klimatów był również występ multi-instrumentalistki Anny Krysztofiak, który otworzył spotkanie popremierowe.

Reżyserii zaś podjął się Ran Arthur Braun, jeden z najbardziej pożądanych koordynatorów scen kaskaderskich i reżyserów scen akcji na świecie, co miało swoje realne przełożenie na formę inscenizacji. Sceny kaskaderskie, nawiązujące do filmów rodem z epoki Bruce’a Lee, zdecydowanie były bardzo w klimacie i bardzo sprawnie zrealizowane. Całość dobrze wyważona, przedstawiona bez przesytu popisami akrobatycznymi. W swojej inscenizacji Braun stworzył świat skrzący się od barw, niezwykle żywy, przy tym – co ważne – wolny od kiczu. Była to klasyka złamana nowoczesnym akcentem – widzimy tu Chiny całe w jedwabiu, pośród nich jednak przewijają się współczesne garnitury oraz mundury rodem z wojny w Wietnamie (piękne kostiumy Grażyny Bittner doskonale uzupełniały scenografię stworzoną przez Brauna). Reżyser zadbał o to, by tak na głównym planie, jak i w tle nie było nudy. Scena nie jest więc pusta, wartki przebieg akcji wzbogacają wydarzenia poboczne, a co najważniejsze – chór nie odgrywa tu jedynie roli „szemrzącego w tle radia”, jak to się niekiedy zdarza, lecz jest ważnym bohaterem zbiorowym, biorącym aktywny udział w fabule. Swoją drogą, dyspozycja wokalna artystów chóru pod wodzą Mariusza Otto jak zwykle nie zawiodła, ale to już w Poznaniu standard.

Nie ulega chyba najmniejszej wątpliwości, iż wieczór ten należał do Iwony Sobotki, która rolę tytułowej Turandot kreowała z fenomenalną wręcz sprawnością. W jej sopranie jest nie tylko siła, ale także aksamitna gładkość, duchowość i precyzja przy jednoczesnym zachowaniu lekkości i łatwości w wyśpiewywaniu najtrudniejszych nawet dźwięków. Również od strony aktorskiej artystka sprawdziła się w stu procentach. Z jednej strony dumna i wyniosła, szafująca ludzkimi żywotami z chłodną wręcz obojętnością, okrutna i władcza, a z drugiej skrywająca delikatność, strach przed utratą wolności i prawa do samostanowienia, pamiętająca, jaki los spotkał jej krewniaczkę (stąd awersja do mężczyzn i małżeństwa). Idealna kondycja wokalna, piękne panowanie nad głosem i prezencja, która pozwalała artystce zawładnąć sceną nawet w momentach, w których nie śpiewała.

Wyróżniała się także Ruslana Koval w partii Liù. Jej przyjemny, perlisty sopran pięknie podkreślał szlachetność postaci i jej oddanie Kalafowi. To swoją drogą ciekawa postać. Miłość Liù do Kalafa opiera się w zasadzie na tym, iż niegdyś książę się do niej uśmiechnął. Tak niewiele i tak wiele zarazem. Rusłana zbudowała Liù wiarygodną, bardzo emocjonalną i prawdziwą. Jej głos miał dobrą nośność, przepełniała go dźwięczna uczuciowość. Miła chemia ze scenicznym Timurem, czyli bardzo dobrym armeńskim basem Goshem Sargsyanem.


Zgrabnie i wdzięcznie wypadło także trio trzech ministrów – Pinga (Jaromir Trafankowski), Panga (Rafał Żurek) i Ponga (Piotr Kalina), którzy, choć tworząc całość, zdołali przy tym zachować pewną odrębność swoich postaci. Ich głosy świetnie współbrzmiały i uzupełniały się nawzajem, a przy tym pozwalały słuchaczom bez problemu wychwycić każdy z nich z osobna.

Choć premiera jako taka słabych punktów nie miała, był jeden element, który być może wywołał mniejszy zachwyt niż pozostałe . Wcielający się w rolę księcia Kalafa armeński tenor Hovhannes Ayvazyan dał występ poprawny, lecz w jego kreacji zabrakło tej „iskry”. Choć głos solisty brzmiał czysto, to zdawał się on ginąć na scenicznych deskach, nie zapadał w pamięć. „Nessun dorma”, jedna z najsłynniejszych arii tenorowych w historii opery, nie brzmiała bardzo „zwycięsko” („Vincerò!”).

Do historii poznańskiej „Turandot” przejdzie na pewno niezamierzony upadek główki kapusty do orkiestronu. Na szczęście obyło się bez ofiar – tak w ludziach, jak i w instrumentach. Ale na pewno wszyscy wstrzymali wtedy na moment oddech.
„Turandot” zagości jeszcze na poznańskiej scenie na koniec tego sezonu, by potem powrócić w kolejnym i jeżeli ktoś się jeszcze waha, wybrać się na ten spektakl czy nie, niech jak najprędzej porzuci wszelkie wątpliwości. Tak udanej premiery dawno nie było…
