14 lutego 2025 roku odbyła się w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej premiera rzadko (zdecydowanie zbyt rzadko) wystawianego dzieła Giuseppe Verdiego „Simon Boccanegra”, czyli w dosłownym tłumaczeniu na język polski „Szymon Czarnogęby”, opowiadającego o losach korsarza, który zostaje dożą Genui. Były to zatem walentynki nietypowe, a jednak zdecydowanie o miłości traktujące, choć może w nieco bardziej słodko-gorzkim wydaniu.
Pod wieloma względami była to premiera niezwykle udana, lecz nie bez skazy.

Fot. Krzysztof BielińskiKoncepcja reżyserska Agnieszki Smoczyńskiej, choć na swój sposób spójna i kolorystycznie harmonijna, z librettem Arrigo Boito niewiele miała wspólnego. Dość spokojna, nieco statyczna, nosiła wyraźne ślady inspiracji filmową „Diuną” czy „Gwiezdnymi wrotami”, co narzucało już jednak inny odbiór i nieco zmieniało percepcję. Nie znaczy to, że spektakl oglądało się źle, jednak bez znajomości historii oryginalnej byłoby to zapewne utrudnione. Według Smoczyńskiej tytułowy korsarz staje się papieżem, co w kontekście późniejszego odnalezienia córki rezonuje w sposób z lekka niepokojący i dotyka współczesnego postrzegania Kościoła.
Niemniej jednak dzięki idealnie korespondującym z aranżacją sceniczną dzieła kostiumom Katarzyny Lewińskiej (swoistej fuzji „Gwiezdnych Wojen” i Watykanu), a także scenografii Katarzyny Borkowskiej naśladującej pustynny klimat niczym po wybuchu bomby atomowej, z wielkim słońcem palącym bezlitośnie powierzchnię Ziemi, ingerencja w libretto dzieła nie jest aż tak dotkliwa.

Fot. Krzysztof BielińskiMocnym odniesieniem do współczesności są także post-apokaliptyczne obrazy, przypominające niejako katastrofę klimatyczną, a także bezgłośnie sunące po scenie z dymiącymi dezynfektorami w dłoniach, okute w kombinezony postaci, co natychmiast przywodzi na myśl niedawną przecież pandemię COVID-19. Sam doża umiera tu zresztą zarażony chorobą. Zupełnie jakby trawił go podstępny wirus współczesności.

Fot. Krzysztof BielińskiZa pulpitem dyrygenckim stanął Fabio Biondi, który spektakl poprowadził z wyjątkowym wdziękiem i dbałością o każdą, nawet z pozoru nieistotną, nutę. Czuć było w brzmieniu orkiestry dogłębne zrozumienie tematu i oddanie dźwiękom, bez cienia fałszu czy zbędnego pośpiechu. Zdecydowanie słuchać tu dojrzałego Verdiego, z jego zróżnicowanym dramatyzmem i bogatym kolorytem.
Zdecydowanie dopisali także soliści. Ciekawy był Anthony Ciaramitaro w roli Gabriele Adorno, ukochanego Amelii (choć przebranie go za przerośniętego ptaka było nieco groteskowym pomysłem), który śpiewał głosem przyjemnym i o szlachetnym brzmieniu.
Znakomita była Gabriela Legun w roli Amelii, czyli zaginionej córki Szymona Czarnogębego, wychowanej przez ród Grimaldich. Ta nagrodzona Paszportem Polityki młodziutka sopranistka okazała się wyjątkowo wyraźną postacią, mocno wybijającą się wśród przeważających przecież głosów męskich. Jej perlisty sopran, delikatny i potężny zarazem, w połączeniu ze szczerą i przejmującą interpretacją aktorską postaci, w pełni oddał kruchość, dziewczęcość i determinację córki korsarza-doży.

Fot. Krzysztof BielińskiSilną i mocno zaakcentowaną postacią był także Jacopo Fiesco (tu przebrany za kardynała?) w wykonaniu jednego z czołowych polskich basów, Rafała Siwka. Potęga jego verdiowskiego głosu oraz staranny warsztat i doświadczenie sprawiły, iż stał się postacią dużo bardziej zapamiętywalną niż bohater tytułowy.

Fot. Krzysztof BielińskiNie trudno zaprzeczyć temu, iż Szymon Mechliński jako Paolo Albiani, tu stylizowany na Judasza i w nieco punkowym wydaniu, zdecydowanie skradł show tego wieczoru. Jego doskonałe panowanie nad głosem i żywa, zaangażowana interpretacja aktorska zaowocowały niezwykle wiarygodnym i przyjemnym – tak dla oka, jak i dla ucha – występem. Z jednej strony jego ciemny, mięsisty głos wyróżniał się ekspresją i mocą, z drugiej zaś nawet w tych bardziej lirycznych momentach ani na chwilę nie wymykał się spod kontroli. Choć czołową postacią spektaklu powinien być – zgodnie z tytułem zresztą – Simon Boccanegra (a zatem i kreujący tę partię artysta), tu wśród barytonów zdecydowanym faworytem wydaje się Szymon Mechliński. Jego Paolo jest jadowicie perfidny, a jednocześnie kusi, przyciąga i fascynuje. A to gotowy przepis na szwarccharakter idealny.

Fot. Krzysztof BielińskiRumuński baryton Sebastian Catana dał dobry występ, poprawny wokalnie, bardzo wiarygodny aktorsko, jednak bez fajerwerków. Postać korsarza-doży powinna wybijać się na pierwszy plan, być głosem wiodącym, tu jakby nieco tego zabrakło. Nie można zarzucić artyście wokalnych potknięć czy jakichkolwiek w zasadzie wad – poza tym właśnie – co jest uczuciem subiektywnym i prawem każdego recenzenta – że był nieco „blady w wyrazie”. Być może to efekt niedyspozycji śpiewaka. Post factum trudno ocenić.

Fot. Krzysztof BielińskiCzy w obliczu zmian, jakie niebawem zajdą u sterów Opery Narodowej spektakl powróci jeszcze na afisz? Miejmy nadzieję, że tak. Bo mimo iż wizualnie jest „nietypowy”, wokalnie i muzycznie to prawdziwa perełka, dla której zdecydowanie warto zaryzykować spotkanie z „kosmiczną” reżyserią.