Donna non vidi mai…, czyli Manon Lescaut po poznańsku


Fot. Bartek Barczyk Photography

Nawet najpiękniejsza miłość nie szansy przetrwać, jeżeli w kasie pusto, a rzeczywistość mało przypomina tę z wyidealizowanych obrazów stworzonych w naszej wyobraźni. Cóż począć, gdy młodzieńcze ideały mierzyć się muszą z całkiem przyziemnymi bolączkami?

Gdy w drodze do klasztoru, do którego wstąpić ma z woli ojca, Manon spotyka przypadkiem kawalera des Grieux, prędko odkrywa prawdę o sobie. A spotkanie to jest niczym grom z jasnego nieba, który wywraca całe jej życie do góry nogami. Manon sądzi, że uda się jej oszukać przeznaczenie. Ucieka więc, by wraz z des Grieux wieść z pozoru idylliczne życie w Paryżu. Lecz pieniądze szybko się kończą i dziewczyna odkrywa, że ta jakże wielka miłość chyba jednak nie obejdzie się o kromce suchego chleba. Stary Geronte, z którym Manon wiąże się za zgodą brata, może i ma zasoby, ale nudzi młodą kochankę aż do bólu. Tak źle, i tak niedobrze. Cóż począć dalej?

Prapremiera „Manon Lescaut”, pierwszego wielkiego hitu Giacomo Pucciniego, szczęśliwej odmiany losu po umiarkowanym sukcesie „Le Villy” (1884) i totalnym fiasku „Edgara” (1889), odbyła się 1 lutego 1893 roku w Turynie, na deskach Teatro Regio. Puccini miał już wówczas 35 lat i wybierając ten tytuł, nieco ryzykował. „Manon” Jules’a Masseneta, trzymająca się ściśle książkowego oryginału („Historia kawalera des Grieux i Manon Lescaut” Antoine’a-François Prévosta d’Exiles’a), triumfowała już na scenach Europy od 1884 roku. Ryzyko jednak opłaciło się, a Giacomo Puccini zyskał dzięki swojej interpretacji tej historii finansowe bezpieczeństwo na resztę życia.

Pocztówka poświęcona światowej premierze opery

W Teatrze Wielkim im. Stanisława Moniuszki „Manon Lescaut” pojawiła się absolutnie po raz pierwszy i była niejako potrójnym debiutem. Po raz pierwszy na poznańskich deskach, z Iwoną Sobotką debiutującą w partii Manon i Dominikiem Sutowiczem po raz pierwszy w swej karierze wcielającym się w Kawalera des Grieux. Za reżyserię spektaklu odpowiadał Gerard Jones, zaś kierownictwo muzyczne powierzono Marco Guidariniemu.

Warto wspomnieć, iż wystawienie „Manon Lescaut” w Poznaniu nie było pomysłem, który urodził się wczoraj. Pierwotnie premiera planowana była na 9 maja 2020 roku, jednak z uwagi na panującą wówczas pandemię, inscenizacja przesunięta została na lepsze czasy. 8 czerwca cztery lata później temat powrócił na tapet.

Reżyseria Gerarda Jonesa dość wiernie podąża za librettem, nie przenosząc akcji w zasadzie ani w czasie, ani w miejscu. Nadal mamy więc młodą dziewczyną zmierzającą do klasztoru gdzieś we Francji, nadal rozgrywa się na scenie tragiczna w skutkach historia miłosna, tak więc miłośnicy klasyki mogą być jak najbardziej zadowoleni. Przyjemnie było podziwiać spektakl, który nie każe się widzom zastanawiać, co, kto i dlaczego.

Fot. Bartek Barczyk Photography

Z pewnością ciekawym i mocno przez niektórych wyczekiwanym doświadczeniem były klasyczne kostiumy, zgodne (może nie w stu procentach wiernie, ale jednak…) z epoką i duchem samej opery, czyli w tym przypadku wiekiem osiemnastym. Wielka w tym zasługa autorki tychże kostiumów, czyli Donny Raphael, brytyjskiej artystki, która swoją karierę zaczynała jako stylistka w reklamach i teledyskach muzycznych, by potem podbić tak znane teatry jak londyński Covent Garden czy Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Imponujące były zarówno rozłożyste suknie pań (a trzeba przyznać, że ubranie tak elegancko i tak dobrze również całego chóru to wielka sprawa), jak i skrzące się przepychem fraki panów, które w połączeniu ze spodniami typu culotte dawały fantastyczny efekt. Może stąd, aby oddać pola bogatym strojom, dekoracje sceny (Blanca Añón) były dość surowe, proste. Chociaż niezwykle urocza była różowiutka sofka w domu Geronte, a miniaturowy teatrzyk, w którym kukiełki wspinały się po wielkich makietach kobiecych piersi, do złudzenia przypominał słynną scenę z „Kingsajzu” Juliusza Machulskiego. Oddały one jednak naturę Manon, która kusi, może trochę wbrew sobie, przyciąga mężczyzn, a ci momentalnie tracą dla niej głowę. Duży wkład w kreowanie atmosfery na scenie miała reżyseria świateł, za którą odpowiadał Marc Gonzalo, choć momentami to światło było nieco zbyt krzykliwe, przez co mogło razić osoby o wrażliwszych oczach.

Pod względem obsady sobotnia premiera wypadła równie przekonująco.

Fot. Bartek Barczyk Photography

Gwiazdą najjaśniej świecącą tego wieczoru była bez cienia wątpliwości Iwona Sobotka, debiutująca z dużym sukcesem w niełatwej partii Manon. Doskonała była zarówno od strony aktorskiej, jak i wokalnej. Z początku niewinna, niemal dziecinna, słodko dziewczęca, potem, w miarę postępu akcji, coraz śmielsza, zmysłowa i wyzwolona, by wreszcie na finał opery przeżyć swoiste katharsis i odkryć swoje prawdziwe pragnienia, których dotąd bezskutecznie poszukiwała. Jej piękny, soczysty sopran przyjemnie kołysał salę tysiącem dzwoneczków. Postać Manon niemal non-stop jest na scenie, zatem zadanie to niełatwe, bez wątpienia także wymagające fizycznie i emocjonalnie, jednak artystka poradziła sobie z nim doskonale.

Dominik Sutowicz po raz kolejny pokazał wokalno-aktorską klasę. Aż chciałoby się usłyszeć tego artystę w mocnej wagnerowskiej roli, w której mógłby pokazać w pełni siłę i wolumen swojego głosu. Ale tu również słuchało się go dobrze i przyjemnie. W jego wykonaniu des Grieux był wyjątkowo dojrzały, pełen wiary i wyrozumiałości, gotów własne życie poświęcić, byle tylko nie porzucić ukochanej. Co ważne, głos artysty wykazywał dobrą nośność i bez problemu było go słychać w całym audytorium, czego niestety nie o wszystkich artystach można było powiedzieć tego wieczoru. Doskonała chemia sceniczna z Iwoną Sobotką, przez co ich wspólne sceny wypadły bardzo przekonująco.

Obsadzeni w pozostałych rolach artyści dali występ poprawny i miły dla ucha. Jaromir Trafankowski był dobrym Lescaut i dał wiarygodny aktorsko występ, śpiewał czysto, może nieco więcej siły jeszcze bardziej wzmocniłoby wydźwięk tej partii. Rafał Korpik dał się poznać jako bardzo solidny Geronte, dybiący na niewinność Manon, władczy i zepsuty.  Piotr Kalina w roli Edmonte (swoją drogą, szkoda, że ten bohater znika zaraz po pierwszym akcie, by już nigdy nie powrócić), śpiewał czysto, jednak niestety dosyć cicho, za to od strony aktorskiej był bez zarzutu.

Świetnie – jak zwykle – poradził sobie także chór pod wodzą Mariusza Otto.

Kto nie zdołał dotrzeć na premierę, wciąż miał jeszcze szansę nadrobić braki 9, 12 oraz 13 czerwca. W drugiej obsadzie znaleźć można było takie nazwiska jak  Yuliia Alieksieyeva w roli Manon (uczestniczka programu „Opera helps U”, współorganizowanego przez Stowarzyszenie Kulturalne Pegaz i Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki Poznaniu), Max Jota jako des Grieux, Mateusz Ługowski jako Lescaut i Damian Konieczek w partii Geronte.

Nie sposób ukryć, że była to jednak z najbardziej udanych poznańskich premier ostatnich miesięcy i jeśli ktoś ją przegapił, niech żałuje. Warto również wspomnieć na koniec, że poznańska Manon pojawi się w Łodzi podczas Festiwalu Pucciniowskiego 27 listopada 2024 roku. Na pewno warto się wybrać.

Realizatorzy

Obsada


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *