Kto się żeni w późnym wieku….


„Don Pasquale”, czyli opera buffa w trzech aktach autorstwa Gaetano Donizettiego, włoskiego kompozytora żyjącego na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego stulecia, to wbrew pozorom wyzwanie dość znaczącego kalibru. Skomplikowana, wielowymiarowa materia, która dla dobrego oddania zamysłu twórcy winna być misternie tkana niczym najdelikatniejsza koronka. Dopracowana wokalnie i aktorsko podczas rozlicznych prób, opatrzona wdzięcznymi dekoracjami i kostiumami miłymi dla oka. Począwszy od pierwszego aktu aż po finalne opuszczenie kurtyny, musi ona być dziełem kompletnym.

fot. Joanna Miklaszewska

Historia starego kawalera, któremu w jesieni życia zachciało się żeniaczki, to tak naprawdę teatr czworga aktorów. Mamy tu więc tytułowego Pasquala, jego siostrzeńca Ernesta, Doktora Malatestę i jego siostrę Norinę. Przy tak nielicznej obsadzie „pierwszej flanki” należy więc zadbać o jak najwyższą jakość wykonania – tak od strony aktorskiej, jak i wokalnej.

Czy w zeszłą niedzielę (17.09) zadanie to udało się Teatrowi Wielkiemu w Łodzi? Cóż, przede wszystkim dosyć długo nie była znana obsada poszczególnych spektakli (pierwotnie miały być trzy, jednak wieczór 15 września został z przyczyn technicznych odwołany). Wobec tego rodzi się pytanie, czy wyłoniony ostatecznie cast miał aby dość czasu na to, by należycie przygotować się do swego zadania. W niedzielnym spektaklu w rolach głównych wystąpili Robert Ulatowski* (Don Pasquale), Łukasz Motkowicz (Doktor Malatesta), Łukasz Baltazar Kózka (Ernesto), Aleksandra Borkiewicz-Cłapińska (Norina). We wprawdzie niewielkiej, lecz niepozbawionej swej wagi roli notariusza zaprezentował się Rafał Pikała. Choć tytuł dzieła mówi wyraźnie „Don Pasquale”, nie sposób było ulec wrażeniu, iż to właśnie Don Pasquale był tego wieczoru najsłabszym ogniwem. Aktorsko całkiem poprawnie, momentami nawet „z pieprzem”, jednak wokalnie… Scena łódzka, jako druga w Polsce pod względem wielkości, mogłaby zdawać się wymagającym środowiskiem dla śpiewaka. Mimo wszystko jest to bardzo dobry akustycznie teatr i nie powinien stwarzać dla artysty trudności. A jednak basowy głos solisty zaniknął gdzieś w powietrzu, powodu takiego zjawiska trudno już dociec. Pozostałych artystów słychać było naprawdę dobrze (ocena pisana z perspektywy pierwszego rzędu amfiteatru). Aleksandra Borkiewicz-Cłapińska, po nieco suchym początku, ładnie się rozśpiewała i już od sceny knucia intrygi przeciwko Pasqualowi czarowała przyjemnym, perlistym sopranem o sporym wolumenie. Jej prezencję sceniczną oraz interpretację aktorską ocenić należy wysoko, była wiarygodna, dobrze osadzona w postaci i głęboko zaangażowana w grę, która wyraźnie sprawiała jej ogromną przyjemność. Jej sceniczny brat, Doktor Malatesta (Łukasz Motkowicz) wypadł równie przekonująco, a jego baryton wykazywał się całkiem porządną nośnością. Jednak prawdziwą perłą wieczoru był obdarzony wyjątkowo urokliwym, lekko wibrującym, jedwabistym tenorem o młodzieńczym brzmieniu Łukasz Baltazar Kózka. Dzięki, jak się zdaje, wrodzonemu, naturalnemu wdziękowi, miał w sobie chłopięcą świeżość, autentyczność. Młody wiek artysty (25 lat) z pewnością zadziałał na jego korzyść, pozwalając mu przekonująco wcielić się w powierzoną mu rolę. Zaskakująca siła głosu, dobre nad nim panowanie, a także niebanalny talent aktorski, które to już teraz artysta przejawia, wróżą mu pomyślną przyszłość na scenach operowych. Z pewnością jest to śpiewak wart uwagi.

fot. Joanna Miklaszewska

Orkiestra pod batutą znakomitego Maestro Tadeusza Kozłowskiego zagrała z pazurem, pasją… Momentami było naprawdę głośno, stąd może trudności niektórych artystów w przebiciu się przez muzykę, ale dla „dużego” głosu nie powinno to stanowić problemu. Dało się słyszeć, że warstwa muzyczna została starannie przygotowana, a jej harmonia przyjemnie pieściła ucho.

Warte wspomnienia są także barwne, wymyślne kostiumy autorstwa Małgorzaty Słoniowskiej, które – choć pozostające mniej więcej w zgodzie z reprezentowaną przez dzieło epoką – nie były także pozbawione swego rodzaju „smaczku”, figlarnie puszczając oko do widza. Dekoracje i rekwizyty  (Luigi Scoglio) oraz projekcje wideo (Karolina Jacewicz) zgrabnie współopowiadały prezentowaną historię.

Podsumowując, był to spektakl nad wyraz poprawny, momentami nawet bardzo udany. Może nie arcydzieło, ale z pewnością niezwykle przyjemny, relaksujący, zabawny. Spędzenie niedzielnego wieczoru w teatrze na pewno nie było pomyłką. Jeżeli inscenizacja ta powróci jeszcze na łódzkie deski, na pewno warto się skusić.

* Pierwotnie spektakl niedzielny miał zaśpiewać Grzegorz Szostak, w ostatniej chwili nastąpiła jednak niespodziewana zamiana solisty, o czym nie wiedziałam. Bardzo przepraszam za błąd i dziękuję za sprostowanie mojego tekstu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *