„Straszny Dwór” Stanisława Moniuszki jest jednym z tych tytułów, które zna każdy – niezależnie od indywidualnego zaznajomienia z materią operową czy stosunku do muzyki klasycznej w ogóle. Często występuje on niestety w roli antagonisty historii licealnych, gdy to na siłę wbici w stroje galowe młodzi ludzie prowadzenia są do teatru celem zbliżenia ich do „sztuki wysokiej”, nierzadko ze skutkiem odwrotnym od zamierzonego. Bo „Straszny Dwór” nie jest tytułem łatwym, co nie znaczy jednak, że trzeba go obchodzić z daleka. Kluczem do jego lepszego zrozumienia jest bowiem właściwa interpretacja, która z jednej strony opowie historię zgodnie z tradycją, a z drugiej trafi do współczesnego odbiorcy, odwołując się do dobrze mu znanych wydarzeń bieżących, aktualnych problemów czy trendów.

Fot. Bartosz Seifert
Historia dwóch braci, którzy po skończonej służbie wojskowej wracają w rodzinne strony i wpadają – wbrew przysiędze wiecznego kawalerstwa – w sidła miłości oraz dwu sióstr, cór kalinowego dworu, w którym ponoć licho straszy, to dzieło uważane za najlepszą operę Moniuszki. Bezsprzecznie jest to jego najbardziej znany tytuł i niejako manifest patriotyczny, jako że utwór powstał podczas zaborów i rosyjskim władzom do gustu raczej nie przypadł.
Premiera zaprezentowanej w zeszłą niedzielę inscenizacji miała miejsce 9 lipca 2021, wówczas jeszcze poza siedzibą Teatru, z racji na trwający remont, w ostatni zaś weekend (6-8 października 2023) powróciła już na deski Gmachu pod Pegazem.
Teatr Wielki w Poznaniu podszedł do tematu w stylu, do którego zdążył już chyba swych melomanów przyzwyczaić, a więc nowoczesnym, nietuzinkowym i odważnym. Za reżyserię spektaklu odpowiada młoda włoska artystka, Ilaria Lanzino, którą poznańska publiczność może kojarzyć także z wystawianej na MTP „Jawnuty”, także Stanisława Moniuszki. I przyznać należy szczerze, że ma ona na tę polską świętość ciekawe, bardzo śmiałe spojrzenie, a w swojej pracy odwołuje się do zagadnień bieżących. Mamy tu więc zarówno szlachecki kontusz okraszony husarskimi skrzydłami, jak i nowoczesne stroje w neonowych kolorach, a także Damazego w wydaniu drag queen, co na pewno może szokować, nawet tych co odważniejszych widzów. W połączeniu ze scenografią Leifa-Erika Heine jej reżyseria stworzyła – co trzeba przyznać uczciwie – spójną całość. Monumentalne, jaskrawożółte schody niczym z awangardowych pokazów mody mieszają się tu z gruzami kamiennych ścian, a wyglądające z ekranu nad sceną roztańczone postaci są niczym wiadomość z przyszłości, która przepowiada los zakutych w zbroję husarzy. Całości dopełniła efektowna reżyseria świateł autorstwa Wiktora Kuźmy.



Fot. Bartosz Seifert
Opera jest jednak przede wszystkim dziełem muzycznym i to warstwa wokalno-instrumentalna odgrywa w nim rolę naczelną. Za kierownictwo muzyczne poznańskiego „Strasznego Dworu” odpowiada włoski dyrygent Marco Guidarini, znany ze swego oddania sztuce i trafnego zrozumienia polskiej klasyki operowej. Orkiestra – jak zwykle zresztą – prezentowała poziom wysoki, a jej gra była pełna siły i pasji.
Znakomity był Miecznik Szymona Mechlińskiego, który to poszczycić się może niezwykle czystym, silnym barytonem o przyjemnym brzmieniu i sporej odporności. Choć był jedynym odtwórcą tej roli, jego wokal brzmiał świeżo i pewnie. Piotr Kalina jako Stefan, po nieco suchym i cichym początku, rozśpiewał się i z każdą kolejną nutą zyskiwał na sile. Dobrze wypadł także Rafał Korpik jako Zbigniew. W podwójnej roli – Skałuby i Wieśniaka – wystąpił dobrze znany poznańskiej publiczności Damian Konieczek, a ciekawym smaczkiem był Damazy (Albert Memeti), w parze ze swym ukochanym (Olaf Przybytniak).
Duet Pań – czyli Hanna Ruslany Koval oraz Jadwiga Goshy Kowalińskiej zachwycił zarówno głosem, jak i aktorską interpretacją ról. Perlisty sopran Ruslany Koval czarował lekkością i siłą ekspresji, zaś mezzosopran Goshy Kowalińskiej pieścił ucho sensualną gładkością i pikantnymi odcieniami wokalnej głębi. Łącząca obie śpiewaczki sceniczna chemia pozwalała uwierzyć w ich siostrzaną więź, rzadko zdarzają się tak dobrze dobrane duety.
Czy można zatem uznać poznańską inscenizację za udaną? Oczywiście, że nie jest to spektakl dla każdego. Już samo opatrzenie do adnotacją, iż przeznaczony jest dla osób powyżej 16 roku życia, daje nam pewną wskazówkę. Z całą pewnością ani reżyseria, ani scenografia nie pozostawiają nikogo obojętnym, a jeśli dodamy do tego tak świetne wokale, tak zgrabną muzykę w wykonaniu znakomitej orkiestry, otrzymamy spektakl, który po prostu trzeba zobaczyć. Klasyka pozostaje klasyką, nawet jeśli się ją nieco „podkręci”…